O autorze
Muzykolog i krytyk muzyczny. Zajmuje się głównie muzyką XIX i pierwszej połowy XX wieku, a także jej recepcją. Z pasją poświęca się badaniom współczesnego teatru operowego. Był związany z poznańską redakcją „Gazety Wyborczej”, której był stałym recenzentem, publikował w Kwartalnikiem Kulturalnym „Opcje”, oraz "Ruchu Muzycznym". Chronicznie nie znosi dźwięku klawesynu i muzyki organowej, szczególnym uczuciem darzy muzykę Gustava Mahlera i Dymitra Szostakowicza. Członek Centrum Badań nad Teatrem Muzycznym Uniwersytu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Światowej sławy primadonna Ewa Podleś odwiedzi Poznań.

Ewa Podleś jako Zia Principessa w "Suor Angelica"
San Francisco Opera 2009
Ewa Podleś jako Zia Principessa w "Suor Angelica"
San Francisco Opera 2009 http://www.podles.pl/galeria_pl.htm
Jedna z najbardziej niezwykłych śpiewaczek naszych czasów, obdarzona rzadko spotykanym głosem kontraltowym o równie unikatowej barwie i doskonałej technice. Największa polska śpiewaczka operowa w rozmowie z NaTemat.pl

Zbliżający się wielkimi krokami Pani recital w Filharmonii Poznańskiej będzie na swój sposób symboliczny. Nie licząc różnicy kilku dni, na ten czas przypada dwudziesta rocznica „Semiramidy”, która przeszła do historii, jako wielkie wydarzenie artystyczne. Jak Pani wspomina tamten czas?



Po prostu, z wielkim wzruszeniem. Entuzjazm ówczesnego dyrektora Opery Poznańskiej Pana Macieja Jabłońskiego, inicjatora idei pokazania tego arcydzieła w Polsce, udzielił się wszystkim wykonawcom. Wspólnie z parą włoskich twórców, Santi Mignieco i Giovanniego Pampiglione, powstał spektakl, który przez czołowych krytyków uznany został za, być może, najlepszy od wielu lat w skali całego Kraju.

Nie skrywam, że z ogromnym żalem i wielkim zaskoczeniem przyjęłam wiadomość, nazajutrz po triumfalnej premierze, że Pan Jabłoński został zwolniony ze stanowiska dyrektora Opery. Niepojęte!


Chyba nie przesadzę, jeżeli zaryzykuję postawienie tezy, że Poznań jest dla Pani ważnym miastem, bywała Pani tu dość często szczególnie w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. Najpierw recital z Grahamem Johnsonem w 1992 roku, następnie „Gala Rossiniowska” w Teatrze Wielkim oraz wspomniana „Semiramida”. Jakie znaczenie miałby dla Pani tamte wydarzenia w kształtowaniu Pani myśli o kulturze muzycznej Poznania?

Moje związki z Poznaniem są szersze niż wynika z zadanego pytania - poza niezapomnianymi trzema występami na początku lat 90-tych, to także występ w Filharmonii Poznańskiej w 2005 w Orfeuszu i Eurydyce Glucka pod dyrekcją Grzegorza Nowaka, w 2010 jedyny dotąd występ w Polsce jako Azucena w Trubadurze Verdiego pod dyrekcją Willa Crutchfielda w poznańskim Teatrze Wielkim, współpraca z Orkiestrą Agnieszki Duczmal (nagrania już w latach 80-tych, występy za granicą, zbliżający się koncert w Poznaniu w grudniu 2014), najbliższy koncert pod dyrekcją Łukasza Borowicza w Filharmonii Poznańskiej, mój krajowy impresario od 10 lat to też poznaniak…
Dla mnie osobiście, Poznań to miasto ze znakiem „Q”! Jakość aktywności tego miasta, nie tylko zresztą w dziedzinie kultury, jest z bardzo wysokiej półki. To w Poznaniu, para znakomitych lekarzy z Kliniki Chirurgii Reki, Pani Doktor Jurczyk i , nieżyjący już, Pan Doktor Strzyżewski, uratowali zmasakrowany drzwiami w pociągu, serdeczny palec mojego Męża.

Pani unikatowa w skali światowej technika i rodzaj głosu, kontralt di bravura, osiągnięcia w zakresie interpretacji muzyki Haendla, Vivaldiego, a zwłaszcza Rossiniego, warte byłyby przekazania następnym pokoleniom - czy zamierza Pani w znaczącym stopniu oddać się kiedyś pedagogice, otworzyć kursy mistrzowskie?

Tak, ale w szerszym zakresie dopiero po definitywnym zakończeniu tzw. kariery. Mój debiut jako pedagoga master class odbył się, o dziwo, również w Poznaniu, w Akademii. Miałam również Master Class w Amherst University w Stanie Massachussets i dwukrotnie w Uniwersytecie Fryderyka Chopina. W styczniu 2015 roku, wraz z mężem, prowadzić będziemy wspólnie kurs interpretacji w Akademii Teatru Wielkiego w Warszawie. A potem, zobaczymy.

Prof. Jerzy Marchwiński, prywatnie Pani Małżonek, popełnił niezwykle ciekawy esej, poświęcony poglądom na partnerstwo w muzyce. Myślę, że poglądy te musiały być nie tylko wynikiem ogromnego doświadczenia artystycznego znakomitego pianisty, ale także wpływały na Pani ukształtowanie jako muzyka. Czy mogłaby Pani opowiedzieć o tej wzajemnej inspiracji?

Mąż, nie bez słuszności twierdzi, że partnerstwo jest to układ pomiędzy ludźmi, którego istnienie bez wzajemności jest niepodobieństwem. Zresztą, podobnie jak przyjaźni. Dlatego tez, nasze sukcesy i niepowodzenia, są - w pewnym sensie - nasze wspólne.



Współpracowała Pani z wieloma znakomitymi dyrygentami i reżyserami. Co raz częściej można usłyszeć pesymistyczną diagnozę, że era wielkich śpiewaków jest zamknięta. Callas, Sutherland, Caballé to już historia. Dziś liczy się teatr reżyserski, a nie indywidualne kreacje śpiewaków. Czy uważa Pani, że istotnie nastąpiło w tej materii przesunięcie akcentu, czy też po prostu obfitość wielkich postaci – wokalistów, z jakimi mieliśmy do czynienia w drugiej połowie minionego stulecia, nie ma odbicia w teraźniejszości?

Raczej trudno jest dać jakąś jednoznaczna odpowiedź na to pytanie. W zasadzie, musiałaby ona mieć wymiar felietonu.

Faktem jest, że ten tzw.” teatr reżyserski” aktualnie zaistniał bardziej, niż kiedykolwiek dotychczas. Co wcale nie oznacza, ze nie ma w nim miejsca dla wielkich śpiewaków.

Być może zmieniło się również oczekiwanie odbiorcy. Chyba jednak oczekuje się nie tylko śpiewu w operze, ale również kreatywnego teatru. Sukces takiego spektaklu jak Cendrillon w Covent Garden, albo amsterdamska, przeniesiona do Warszawy Elektra, są tego potwierdzeniem. W obydwu produkcjach uczestniczyłam.


Pozostańmy jeszcze na moment przy reżyserach. Chciałbym zapytać o Pani poglądy w tym zakresie, czy woli Pani teatr np. Piera Luigi Pizziego, czy raczej bardziej nowatorskie rzemiosło, jak Kirsten Harms, która przygotowywała berlińską „Semiramidę”?

Obydwie Semiramidy, berlińska i barcelońska, wspominam z przykrością. Wysiłkowa próba oryginalności, ocierała się o wygłup.

Bardzo lubię Pier-Luigi’ego, chociaż zdarzały nam się spore napięcia, z pogranicza konfliktu. Jego produkcje bywają tradycyjne, ale np. Samson i Dalila w Bastylii, nawskroś, nowoczesna, była wstrząsająca.

Generalnie, niemal jak we wszystkim, co dotyczy Sztuki, kluczem do sukcesu jest talent i oczywiście profesja.



Podobno Krzysztof Penderecki pisze specjalnie dla Pani operę „Fedra” nawiązującą do mitu o kreteńskiej księżniczce. O ile się nie mylę prace trwają już od kilku lat, czy może Pani zdradzić kiedy może nastąpić premiera dzieła?

Krzysztof nie pisze, tylko zamierzał napisać dla mnie Fedrę. Było już nawet kilka terminów z Nowojorską Filharmonią i Kurtem Masurem, ale partytury wciąż nie buło na czas. Nie skrywam, że trochę mi żal tej Fedry. Temat ,wydaje się idealnie przystawać do wrażliwości Krzysztofa, a dla mnie, dałby szansę realizowania się w dramacie.

Z jednego z ostatnich wywiadów Krzysztofa dowiaduję się, że zamierza skomponować Fedrę dla opery Wiedeńskiej. Ze mną żadnych rozmów w tym zakresie nie było.



Ewa Podleś zaśpiewa w Filharmonii Poznańskiej 6 czerwca o godzinie 19.00, wcześniej w środę 4 czerwca spotka się ze studentami Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Sali Teatralnej Collegium Maius o godzinie 18.00.
Trwa ładowanie komentarzy...