O autorze
Muzykolog i krytyk muzyczny. Zajmuje się głównie muzyką XIX i pierwszej połowy XX wieku, a także jej recepcją. Z pasją poświęca się badaniom współczesnego teatru operowego. Był związany z poznańską redakcją „Gazety Wyborczej”, której był stałym recenzentem, publikował w Kwartalnikiem Kulturalnym „Opcje”, oraz "Ruchu Muzycznym". Chronicznie nie znosi dźwięku klawesynu i muzyki organowej, szczególnym uczuciem darzy muzykę Gustava Mahlera i Dymitra Szostakowicza. Członek Centrum Badań nad Teatrem Muzycznym Uniwersytu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

„O tym, jak Halka i jej Pajac na wieśniaczym weselu za złotym kogucikiem ganiali…”

Maciej Jabłoński
Maciej Jabłoński
Rozmowa z Maciejem Jabłońskim* o sytuacji panującej w poznańskim Teatrze Wielkim.

Krążą pogłoski, że krytykuje Pan obecną dyrekcję Teatru Wielkiego w Poznaniu, bo chciałby Pan wrócić na miejsce dyrektora tej Sceny. Czy to prawda?



Po pierwsze, kłamcą jest ten, kto choćby po jednokrotnym skosztowaniu opery nie zapragnął do niej wrócić, prędzej czy później, w takiej czy innej formie. Opera jest najdziwniejszym a przez to najbardziej porywającym, złożonym, sprzecznym, niebezpiecznym i zagadkowym, wzniosłym i umykającym refleksji, zjawiskiem. Prawdziwe zakochanie w tej sztuce, całkowicie pochłania, opera nie dzieli się z nikim i niczym, jest diabolicznie wymagająca, zdradza co rusz ale nie pozwala być zdradzaną. Tylko człowiek prawdziwie i głęboko zaangażowany może z intelektualnym i estetycznym powodzeniem próbować mierzyć się z nieprzewidywalnością opery, teatru operowego. A zatem pytanie, czy chciałbym wrócić do opery jest zasadne, odpowiadam na nie twierdząco, w konwencji naszego Wieszcza, Lecha Wałęsy, „nie muszem ale chcem”. Co miałbym do zaoferowania, co chciałbym pokazać i zmienić, to już inny temat i znacznie dłuższa nań odpowiedź. Zaś co do krytyki obecnej dyrekcji Teatru Wielkiego w Poznaniu, to temat rzeka. Tak się składa, że od kilkunastu lat, około drugiej połowy totalitarnej wręcz dyrekcji Sławomira Pietrasa, potem obojętnego wobec Sceny poznańskiej narcyzmu Michała Znanieckiego i teraz, już po pełnych dwóch sezonach, tandemu Renata Borowska – Juszczyńska i Gabriel Chmura, jest o czym mówić i o co się bić, by Teatr nie zmarniał do reszty. A wszystkie te dyrekcje w pocie czoła na to pracowały i pracują nadal.

Kilka tygodni temu wysłał Pan list do Marszałka Województwa Wielkopolskiego, Przewodniczącego Sejmiku, oraz Przewodniczącej Komisji Kultury działającej przy tymże Sejmiku. List ten jest bardzo gorzką diagnozą mizernej kondycji artystycznej, w jakiej znalazła się poznańska scena operowa. Czy otrzymał Pan jakąkolwiek odpowiedź, czy była ze strony Urzędów jakakolwiek reakcja? Co Panem kierowało, by właśnie w tym momencie napisać taki list?

Napisałem, podając jednocześnie dość znaczącą informację na początku mojego listu. Otóż, zwróciłem uwagę, że już od kilkunastu lat właśnie, „nosi” mnie, żeby zająć publicznie stanowisko w sprawie naszej Opery, bo nie mogę spokojnie patrzeć nie tylko na ekscesy niekompetentnych dyrektorów, ale przede wszystkim na sfinksowe milczenie Władz, które za nic zdają się mieć powagę tej Sceny i pracujących tam Artystów. To jest bardzo skomplikowany problem.

Od przełomu lat 80. i 90. kolejne wysokie Urzędy, Wojewodowie i delegowani przez nich dyrektorzy, odpowiedzialni za Operę (i nie tylko zresztą), zawodzili. Absolutnym wyjątkiem był Tomasz Naganowski, znakomicie wykształcony, ale przede wszystkim otwarty na dialog, rozumiejący sztukę, określone ryzyko działań artystycznych, które wszyscy ponosimy stawiając na nieszablonowe tytuły, realizacje itd. Potem pierwsza kadencja Marszałka Stefana Mikołajczaka, kiedy spotykaliśmy się na rozmowach. Druga była już nieporozumieniem, warunki, które dyktował wszechwładny Pietras a potem Grzegorz Nowak, skandaliczne decyzje finansowe i repertuarowe Opery i Filharmonii, doprowadziły na skraj przepaści. Pietras trzymał się jeszcze, ale wiadomo było, że odejście najbardziej szkodliwej dla polskiej opery osoby, musi nastąpić. Aż trudno sobie wyobrazić ile ważnych w Poznaniu osób optowało za Pietrasem by został szefem poznańskiej Opery po tym, gdy został z hukiem wyrzucony przez Ministra Kazimierza Dejmka z Opery Narodowej. Zresztą postawa Pietrasa wobec Marii Fołtyn i Ewy Podleś praktycznie przypieczętowały jego odejście ze stolicy. Witano go w Poznaniu jak zbawcę (redaktor Obrębowska-Piasecka napisała w GW – „Mamy Pietrasa”), Wojewoda Łęcki nie krył zachwytu – nota bene to on podczas strajku chóru naszej Opery w 1994, zaraz po moim odejściu, sugerował by grać repertuar bez udziału tego zespołu. Wielce odkrywcza myśl i sposób traktowania pierwszej instytucji Poznania i Wielkopolski! Tak więc, sytuacja dojrzewała latami, każda zmiana budziła nadzieje, przyznam, że powołanie Borowskiej – Juszczyńskiej i Chmury, rodziło, we mnie przynajmniej, spory apetyt na fundamentalne decyzje, które byłyby przemyślane i korzystne dla Teatru. Szybko jednak okazało się, że oboje dyrektorzy nie mają żadnej pogłębionej koncepcji Teatru.

Na koniec dodam, że – jak zresztą sądziłem wcześniej, jeszcze przed napisaniem listu – żadnej odpowiedzi nie otrzymałem, żadnego sygnału, wyrazu chęci do rozmowy. Ani od Marszałka, ani od Przewodniczącego Sejmiku, ani też od Pani Przewodniczącej sejmikowej Komisji Kultury.

Królujący od dziesięcioleci model etatystyczny w instytucjach kultury sprawia określone kłopoty, powoduje określone trudności w planowaniu pracy takiej instytucji. Z drugiej strony, dyrektor zobowiązany jest do "pilnowania" interesów swoich artystów, do dbania o ich rozwój i kształcenie publiczności. Jak to pogodzić?

Faktem jest, że to bardzo trudna, niewdzięczna sytuacja, rodząca szkodliwe dla artystów i instytucji, ale także publiczności i szerzej – dla obrazu całej kultury, sytuacja. Z jednej strony, Minister Kultury Izabela Cywińska, urzeczona ideą urynkowienia (czytaj – normalnienia) całej naszej, w tym kulturalnej, rzeczywistości po 1989 roku, rozpoczęła proces selekcji instytucji kultury, teatrów, podziału na kategorie, za czym miały iść stosowne decyzje finansowe, służące prawidłowemu, jak się wówczas wydawało, zadziałaniu mecenatu publicznego. Samorząd miał przejąć część instytucji. Jakie były konsekwencje tych decyzji – wiemy. Lewica i radykalna prawica instrumentalizowały kulturę, to prawda. Jednakże, choć często bolały nas te decyzje, w ogóle się tą sferą interesowały. Platforma Obywatelska, na którą głosowałem w przekonaniu, iż uzdrowi, na miarę naszych możliwości, sytuację poprzez stosowne prawo, które umożliwi niepublicznemu mecenatowi wspieranie działań i instytucji kultury we wzajemnie korzystnym stopniu i wymiarze, nie rezygnując jednocześnie z mądrej tak zwanej polityki państwa, zawiodła. Tak nieprofesjonalnego traktowania kultury oraz np. humanistyki, nie spodziewałem się nie tylko ja. Wielka szkoda (nota bene wspomniany już Kazimierz Dejmek miał jesienią 1994 ochotę na zaryzykowanie przemian strukturalnych i prawnych w odniesieniu do instytucji kultury, o czym rozmawialiśmy na przykładzie teatrów operowych. Był to czas artystycznego bezkrólewia w Wielkich w Poznaniu, Warszawie i Łodzi, a zatem sytuacja wydawała się sprzyjająca by spróbować zając się tym problemem, czyli sposobami finansowania, lecz także rozliczania tych instytucji oraz zasadnością utrzymania modelu etatystycznego). Z planów Dejmka nic nie wyszło, sam Dejmek wkrótce przestał być ministrem.

Etatyzm – i to po drugie – jest w instytucjach kultury, jakichkolwiek i gdziekolwiek, zasadą niekorzystnie wpływającą na jakość pracy artystycznej. To wiemy wszyscy, zmiana tego stanu rzeczy jest od lat wielkim wyzwaniem, decyzje zaś byłyby brzemienne w skutki, opór związków zawodowych oczywisty. Pytanie, które Pan zadał: jak to pogodzić?, jak pogodzić jakość z wadliwym strukturalnie modelem jest zasadne, trudne, ale każdy kto zostaje dyrektorem musi znaleźć sposób aby na nie odpowiedzieć i próbować przekonać wszystkie strony do rozwiązań dających przynajmniej zalążek pewności, że podejmowane decyzje będą trafiały w możliwości teatru, lecz także rozwijały zespoły i artystów, wreszcie – wpływały na edukację publiczności. To są działania długofalowe, bardzo skomplikowane, wymagające cierpliwości, ale przede wszystkim porozumienia z artystami. Nie można powiedzieć dyrygentom i śpiewakom, że na Zachodzie jest inaczej, bo oni i tak to sami wiedzą, nie można przy tym podejmować decyzji, które spychają rodzimych artystów do roli wyłącznie pomocniczej, do realizacji prób dla artysty gościnnego, tym bardziej, że w bardzo wielu przypadkach zaproszeni i sowicie opłaceni soliści, czy dyrygenci nie reprezentują poziomu i walorów odpowiadających wymogom artystycznym. Za czasów Znanieckiego i ostatniej, działającej jeszcze drużyny Borowska – Juszczyńska i Chmura takich sytuacji było wiele. Pisałem i mówiłem o tym wielokrotnie.

Pisze Pan we wspomnianym liście, że istotne załamanie, przynajmniej podczas dyrekcji Michała Znanieckiego, przypadło na Jubileusz poznańskiej Sceny. Czy rzeczywiście fakt ten miał aż tak istotne znaczenie?

Uważam, że miał z trzech powodów. Po pierwsze, Znaniecki był tym dyrektorom, któremu przypadło kierować poznańską Operą po Pietrasie. To bardzo trudne zadanie, gdyż Pietras zasiedział się w Poznaniu 15 lat, odcisnął piętno swoimi błędnymi decyzjami tak wielkie, wymanewrował gusty publiczności i zaczadził Władze swoimi bajkowymi argumentami i umiłowaniem tanich anegdot, że Znaniecki musiał wejść w trudną rolę. Po drugie, Znaniecki jest artystą, a więc oczekiwaliśmy większego niż w przypadku Pietrasa, który wielbi tylko siebie i swoje decyzje, zrozumienia dla zespołów Teatru, doboru repertuaru, dbałości o młodych etc.

Po trzecie wreszcie, to Znanieckiemu przypadł w udziale ogromny zaszczyt zaplanowania i zrealizowania Jubileuszu 100lecia Opery. Niewyobrażalna okazja, raz na sto lat!, by zrobić wszystko, co tylko w mocy, aby we właściwej perspektywie ukazać tradycję, artystów, możliwości, perspektywy Teatru. Ułożyć najstosowniej repertuar, premiery dla naszych najlepszych solistów. Znaniecki nie tylko bezczelnie obniżył rangę Teatru tworząc z niego „salę prób” dla własnych planów artystycznych realizowanych poza granicami Poznania i Polski, ale również zbagatelizował okazję Jubileuszu, czego okrutnym dowodem był koncert, w środku tygodnia, ze złym programem, mnóstwem gadających głów i toastem przy pustawej sali w okolicach północy. Zaś w wywiadzie udzielonym do wydawnictwa jubileuszowego Znaniecki szczerze zeznał, że tradycja obchodzi go tyle co anegdoty, które można zapamiętać. Mało?

Co by Pan zrobił, gdyby dostał Pan misję tworzenia teatru operowego w tych warunkach i z tym budżetem, w tak trudnych dla kultury czasach zarówno w skali ogólnopolskiej, jak i - szczególnie - w warunkach poznańskich?

Powiem, jak zostanę dyrektorem, a wcześniej na ucho ewentualnej komisji.

Najbliższy sezon artystyczny przyniesie dla Poznania siedem premier operowych : „Dziecko i czary” Ravela, „Słowik” Strawińskiego, „Rycerskość wieśniacza” Mascagniego , „Pajace” Leoncavalla, „Space opera” Nowaka, „Halka” Moniuszki oraz „Mikołajek i inne chłopaki” Radosława Matei. Co sądzi Pan o tak skrojonym planie premier?

Po raz pierwszy w tej rozmowie odpowiem nieco ironicznie: jest to tak głęboko przemyślany i trafny pod każdym względem program sezonu, że aż się prosi by ułożyć zeń jedno dzieło. Jego tytuł brzmiałby: O tym, jak Halka i jej Pajac na wieśniaczym weselu za złotym kogucikiem ganiali…

Jak Pan sądzi z czego wynika fakt, że Renata Borowska-Juszczyńska, mimo całkiem obiecujących zapowiedzi, prowadzi Teatr Wielki na niebezpieczne mielizny, a wtóruje jej w tym Gabriel Chmura?

Po pierwsze, znam Panią Renatę Borowską wiele lat, nie współpracowałem z nią nigdy, ale słyszałem, że jest sprawnym i dobrym menedżerem. Gdy została dyrektorem, powiem bardzo szczerze, nawet drgnęło coś we mnie. Wiedziałem, że nie ma doświadczeń z operą, ale jest nowoczesna i, jak sądziłem, zechce „odbić” Teatr na wyższą półkę, po Pietrasie i Znanieckim. Zwłaszcza Znanieckim. Pierwsze rozmowy, na które zostałem zaproszony (oczywiście, nie będę zdradzał szczegółów) dały mi niewielką, symboliczną, ale nadzieję na możliwość współpracy. Tym bardziej, że znam i bardzo cenię Roberta Szczepańskiego, jeszcze z naszej dobrej współpracy kiedy to kierował Filharmonią Poznańską wespół z Jose Maria Florencio. Dokooptowanie Szczepańskiego do grona dyrekcji uważałem za trafny ruch Pani Dyrektor. Po drugie, z zainteresowaniem przyjąłem wieść, że szefem artystycznym Teatru będzie Pan Gabriel Chmura, o którym wypowiadali się pochlebnie inni artyści, zwłaszcza kompozytorzy, w tym np. Krzysztof Meyer, którego zdanie ogromnie ceniłem. Rozmowy z nową dyrekcją, poza oczywistym entuzjazmem, obietnicami i wyrażaniem chęci współpracy, nie układały się jednak moim zdaniem w żaden porządek, z którego miałaby wynikać mapa drogowa, z pomocą której szefowie Opery chcieliby przez 9 lat wieść Teatr od sukcesu do sukcesu. Moja rola była w tym wszystkim niejasna, co potęgowało ostrożność, ponieważ zaś niejasności zaczęły piętrzyć się także w ogólnej, strategicznej propozycji obojga Dyrektorów, przyszedł czas na wycofanie się na pozycje obserwatora. Moje obawy co do decyzji repertuarowych pojawiły się w zasadzie natychmiast, zaraz po rozpoczęciu rozmów, kiedy to dowiedziałem się, że na intronizację nowej dyrekcji wystawiona zostanie „Cyganeria” w reżyserii młodego znakomicie zapowiadającego się polskiego reżysera. Młody, dobrze zapowiadający się reżyser tak się zapowiedział, że szybko odpadł od projektu, na jego miejsce pojawił się świetny, już zapowiedziany swymi dokonaniami, Ran Arthur Braun. Nietrafność wyboru „Cyganerii” oraz reżysera dała się wszystkim we znaki, premiera była bardzo słaba. Pierwsza rzecz o jakiej wówczas pomyślałem – skąd taki rażący deficyt pomysłów, „Cyganeria”, która była sezon czy dwa wcześniej, bezlitośnie ukamienowana przez reżyserkę Agatę Dudę – Gracz…? Opowiadam krótko tę historię pierwszej rzeczywistej i bolesnej wpadki Dyrekcji, gdyż ów deficyt całościowego i strategicznego myślenia o Teatrze jest chyba najbardziej dotkliwą wadą szefów Sceny pod Pegazem. A ponieważ, i w tym miejscu pojawia się pierwsza część odpowiedzi na Pańskie pytanie o przyczyny nieudanych manewrów Borowskiej – Juszczyńskiej, wpadki pojawiają się regularnie przez oba sezony, z tym że w drugim są zdecydowanie boleśniejsze niż w pierwszym, zadajemy sobie pytanie: co takiego tkwi w tandemie Borowska – Juszczyńska i Chmura, że pochlebnych słów o decyzjach i realizacjach Teatru już prawie nikt nie wygłasza?

Znów wyliczanka i trzy zasadnicze przyczyny. Po pierwsze, zarówno Pani, jak i Pan Dyrektor nie mają pojęcia czym jest opera, jakiego rodzaju pułapki zastawia, jak się z nią mierzyć, że potrzeba dobrego słuchu i dobrego pomysłu, a te rodzą się w głowie a nie na bankiecie. Po drugie, że Gabriel Chmura ostentacyjnie zaczął od pewnego momentu dyrektorowania nie tylko bałamutnie podchodzić o propozycji tytułów a zwłaszcza obsad poszczególnych premier i partii, popełniając krocie błędów, lecz, że zaczął też ujawniać, demonstrować wręcz znudzenie tym, co robi. Po trzecie, Renata Borowska – Juszczyńska popełniła błąd, moim zdaniem, niewybaczalny, mianowicie obraziła się na wszystkich i wszystko, na krytyków, na artystów, na cały świat chyba, skoro nie leży u jej stóp i nie jęczy z zachwytu nad kolejnym strzałem w płot. Zadufanie, niekompetencja i arogancja, położyły, również środowiskowo, Panią Dyrektor. Nie sądzę, żeby miało się to zmienić. Dodatkowo dwie ostatnie premiery, skandaliczny „Don Giovanni” z cymbałem z roli reżysera oraz klapa „Carmen” (co nad partyturą robi Pani Patrycja Pieczara, którą podziwiałem w połowie czerwca, tego chyba sam Bizet nie przewidział..), dopełniają obraz bezsiły i pustki intelektualnej Obojga.

Odnoszę dziwne wrażenie, że nad Poznaniem trwa chocholi taniec, który powoduje, że ludzie z tzw. „środowiska muzycznego” nie chcą dyskutować o obecnej sytuacji i choć w kulisach słychać tylko jęki i narzekania, nikt nie chce powiedzieć dość! Dlaczego tak się dzieje?

Z morza argumentów i historii, wydobędę jeden, opowiem jedną: w 1991 roku wpadłem na pomysł zorganizowania w Poznaniu wielkiego całorocznego święta ku czci Mozarta, nazwałem to szumnie festiwalem i udałem się po wsparcie do jednego z najważniejszych włodarzy naszego miasta. Po wysłuchaniu opowiadania o Mozarcie, włodarz zapytał: Szanowny Panie, pomysł znakomity, tylko dlaczego wybrał Pan sobie tak egzotycznego kompozytora na bohatera…? Wesoło Panu? Mnie nie bardzo…

*Maciej Jabłoński, ur. 1962, dr hab., adiunkt w Katedrze Muzykologii UAM, były dyrektor artystyczny Teatru Wielkiego im. Stanisława Moniuszki w Poznaniu (1992-1994), autor wielu prac z zakresu historii i estetyki opery, organizator życia muzycznego.



Trwa ładowanie komentarzy...