Czekałem…

Pierwsze słowo o teatrze operowym Ryszarda Peryta w czas jego debiutu w Poznaniu

Całkiem niedawno, 16 września upłynęło trzydzieści pięć lat od reżyserskiego debiutu znakomitego artysty Ryszarda Peryta. Tak się składa, że nie pamiętam tego wrześniowego wieczoru 1979 roku, nie było mnie wśród szczęśliwców, którzy właśnie tego dnia na deskach Opery Poznańskiej uczestniczyli w premierze „Joanny d’Arc na stosie” Arthura Honeggera, której rezonans przeszedł najśmielsze oczekiwania publiczności i krytyki, zapoczątkowując tym samym szczególny czas w dziejach rodzimego teatru operowego. Od tej premiery datuje się długi okres, „złoty wiek” opery w Poznaniu, opery w Polsce, raczony nowymi ideami, których próżno było szukać w innym niż Poznań miejscu. Całe lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku to lata wielkich spektakli w reżyserii Peryta, intelektualnej atmosfery tworzonej przez prof. Michała Bristiger, życia operowego na europejskim poziomie wykreowanym dzięki przenikliwości artystycznej Mieczysława Dondajewskiego.



Nie pamiętam tamtych lat…czytałem o nich, wsłuchiwałem się we wspomnienia, nie jedną godzinę spędziłem w czytelniach nad świadectwami tamtego czasu. Dziwi mnie więc dlaczego Ci, którzy pamiętają, nie poświęcili tej ważnej rocznicy jednego słowa. Co znaczy to ambarasujące milczenie? Kim dla naszej współczesnej wyobraźni był Ryszard Peryt i jego myślenie o operze, o – jak sam pisał i mówił – „wcielaniu partytury”, teatr pełen szacunku dla muzyki, którego dziś często brakuje. Czy teatr Peryta to nostalgia za minionymi czasami? Jakie jest jego przesłanie… Postaram się, by na te pytania odpowiedzieli wkrótce artyści
i słuchacze, których ten teatr kształtował.
Trwa ładowanie komentarzy...