NATEMAT POLECA Pojechaliśmy do Puszczy Białowieskiej. To nie kornik i minister Szyszko są największymi szkodnikami

Minihistoryjka z życia głodnej sukcesu śpiewaczki, czyli jak się dziś sprzedaje operę

Podobnie żenujących wypowiedzi nie czytałem chyba jeszcze nigdy, stopień absurdalności sądów śpiewaczki operowej, pani Marzeny Lubaszki, podlanych stosowną ilością prostackiej wulgarności, przerósł z pewnością wyobrażenia niejednej Czytelniczki i niejednego Czytelnika „Wysokich Obcasów”. Zacznijmy jednak od początku…

W ostatnim numerze „Wysokich Obcasów”, weekendowym dodatku Gazety Wyborczej, można przeczytać wywiad Izy Michalewicz ze śpiewaczką operową Marzeną Lubaszką. Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że artystka (sic!), postanowiła podzielić się swoimi dość zaskakującymi opiniami na temat kondycji życia operowego w Polsce oraz na świecie (a może jeszcze dalej…).



Wypowiedzi śpiewaczki, utrzymane w tonie krzykliwych pretensji, pełne żarliwej krytyki wszystkiego co tylko tworzy dziś specyfikę teatru operowego, sprowadzają się do następujących wniosków. Po pierwsze, jaka szkoda, że artyści operowi nie są bohaterami kolorowych czasopism, bowiem jak stwierdza z wyrzutem śpiewaczka: „My też mamy romanse i zachodzimy w ciążę. Czas ten świat opery jakoś odkurzyć”. Niestety z samej wypowiedzi nie do końca wynika, w jaki sposób należałoby tę skostniałą sztukę odświeżać, czyżby poprzez wystawienie śpiewaczek na żer plotkarskich gazet i serwisów internetowych? To jednak dopiero początek uwertury.

Im dalej „w las” wywiadu, tym groźniej. Iza Michalewicz przytacza historię plakatu do spektaklu „Amadigi” Haendla, na którym widnieją roznegliżowane śpiewaczki, m.in. pani Lubaszka, która na pytanie „Lubi się Pani rozbierać?”, pełna swobody i wyjątkowo prostolinijnie odpowiada „Mogłabym cały czas”. O Panie i Panowie, doceńcie to wyznanie, jest takie szczere! Może zatem warto rozejrzeć się za angażami na innych scenach, niż operowe? Jak widać u Marzeny Lubaszki, śpiew kojarzy się wyłącznie z seksem, a przynajmniej śpiewanie barokowych oper, bowiem jak się dowiadujemy z kolejnej wypowiedzi rzeczonej primadonny: „wciąż bardzo dużo ludzi kojarzy barokowe granie ze strojami z epoki. Wszystko ubrane po zęby, pozapinane. Raz mi się rzeczywiście coś takiego zdarzyło i uważam, że nie ma bardziej aseksualnej rzeczy niż występowanie w takich ciuchach. Nie widzę powodu, dla którego nagle mam iść do opery, ubrać się w uniform i udawać, że nie mam cycków i dupy, nie uprawiam seksu(…).”

Pogląd Marzeny Lubaszko, którą trudno i niesprawiedliwie byłoby podejrzewać o lekturę estetycznych tekstów Romana Ingardena, da się streścić w odtąd historyczny już sposób: udawanie „nieposiadania”, cytuję, za przeproszeniem, „cycków i dupy”, a już tym bardziej śmiałe podejrzenie, że nasza primadonna nie uprawia seksu, uniemożliwia wręcz stosownie nowoczesny i świadomy stosunek (pardon!) do operowego wykonawstwa. A świadomości Pani Lubaszce nie brakuje. Nie brakuje jej także Maestro Janowi Tomaszowi Adamusowi, prywatnie małżonkowi śpiewaczki; ale o tym za moment!

Uwertura wybrzmiała, mościmy się w niewygodnych fotelach, kurtyna idzie w górę, inspicjent daje znak, akt pierwszy…na scenę wkracza tłusta śpiewaczka!

Ponieważ problem tłustych śpiewaczek co rusz powraca w historii opery, zwłaszcza współcześnie, jako emblemat bezsensowności opery, nasza primadonna zmuszona jest mu poświęcić również swoją uwagę. Skądinąd bezcenną, jak wszystkie pozostałe zresztą. Czego się dowiadujemy. Ano tego, co zawsze: to przeklęte media, z uporem maniaka trwają w dziwacznym odrętwieniu, nie zauważając istnienia czegoś takiego jak muzyka klasyczna. O braku zainteresowania publicznych nawet mediów tym, co ważne i wartościowe w sztuce wysokiej, w tym muzyce klasycznej, mówiło się, mówi i, jak łatwo przesądzić, będzie mówić jeszcze co najmniej przez wieczność. Pani Lubaszka idzie w swych śmiałych i przenikliwych wnioskach dalej, wiążąc brak szczególnego zainteresowania muzyką przez media z fenomenem „tłustej śpiewaczki”.

Niczym Toska, pani Lubaszka wyśpiewuje w następujących słowach swoje kolejne credo: „Bo większość mediów w Polsce zachowuje się tak, jakby opery i muzyki klasycznej w ogóle nie było. Wszystko funkcjonuje na zasadzie niszy i niech sobie z tej niszy nie wychodzi. To jest ta nisza, gdzie śpiewaczki ważą dwieście kilo, mają rozwibrowane głosy i nie umieją ani wzruszyć, ani podniecić, ani dać żadnych emocji.” Po chwili umysł naszej heroiny doznaje rozjaśnienia, reflektując się powiada, że to jednak nie media są winne, tylko „Ci” co obsady w teatrach układają, a skoro jakaś stara diwa jest na etacie to trzeba ją po prostu obsadzić. Rozjaśnienie trwa jeszcze przez chwilę, bowiem Lubaszka ponownie prostuje wcześniejszą wypowiedź „Grube diwy to relikt dawnych czasów.

Niestety, funkcjonujący jeszcze ciągle w zbiorowej wyobraźni: że jak śpiewaczka, to wielki cyc i kok z treską. A tymczasem większość moich koleżanek śpiewaczek to po prostu megalaski.” O proszę - „megalaski”! Dlaczego nie giga, nie peta, nie zetta i jotta? Dlaczego ograniczać się tylko do milionów, czyż opera nie lubi przesady i nie byłoby warto pójść w miliardy, tryliardy i kwadryliony? To dopiero byłby spektakl!

…tymczasem akt pierwszy dobiegł końca, udajemy się na przerwę, by „popijać dobre wino w kieliszkach z cienkiego szkła”, jak światowo donosi Marzena Lubaszka. Przerwa skończona, wino wypite, wesoło mościmy się znów w „wygodnych lożach”, kurtyna idzie w górę, zaczyna się akt drugi.

Nuda. Libretto typowe, banalna opowieść o młodej studentce, która zakochuje się profesorze, o ślubie i szczęśliwym małżeństwie. Nic nadzwyczajnego. Napięcie zaczyna wzrastać dopiero pod koniec aktu. Jak w „Traviacie” u Verdiego. Okazuje się, że Lubaszka postanowiła uchylić rąbka tajemnicy, jak to z mężem – wspomnianym już dyrygentem Janem Tomaszem Adamusem, czasami bywa ciężko na próbach. Otóż, dyrygent nie do końca zadowolony z efektów pracy małżonki, strofuje ją (pojawiają się łzy) i rozkazuje „Masz śpiewać wąską pizdą!”, innemu zaś śpiewakowi zwraca uwagę „Słuchaj, śpiewasz jak rozjebany śmietnik”, między mężczyznami napięcie rośnie, śpiewak myśli nawet o wendecie „No nie, chyba mu muszę dać w mordę, bo przegiął”. Niestety, tu napięcie siada i czytelnik zostaje pozostawiony bez odpowiedzi, jak losy bohaterów potoczyły się dalej. W finale znów nuda, jedyne czego się dowiadujemy, to że Adamus trzyma dyscyplinę w pracy, a Marzena Lubaszka w domu. Kurtyna w dół, dzieło skończone, tylko nikt braw nie bije…

…rzadko w polskiej literaturze o operze pojawia się taki stek megalomańskich i ordynarnych pseudomyśli. Swoje wrażenia z lektury postanowiłem więc skonfrontować z opinią jednej z najsławniejszych polskich śpiewaczek, robiącej karierę głównie w krajach zachodnioeuropejskich, Agnieszką Zwierko. Powtórzyłem pytanie, które padło w wywiadzie, czy operze dziś potrzebny jest skandal?

Agnieszka Zwierko: Czy operze potrzebny jest skandal??? Od ponad dziesięciu lat mam przywilej śpiewania na scenach zagranicznych, ostatnio także tych prestiżowych jak londyńska Covent Garden, wiedeńska Theater an der Wien, argentyńska Teatro Colón, berlińska Komische Oper, zaznaczyłam swoją obecność w mediolańskiej La Scali, barcelońskim Liceu i jeszcze kilku innych. Nie po to jednak o tym piszę, aby chwalić się dorobkiem. Zadziwiają mnie pojawiające się wypowiedzi o szokowaniu w celu zdobycia większej publiczności czy w celu zlikwidowania nudy. Owszem, był taki trend, szczególnie w teatrach niemieckich, rozlał się on troszeczkę na kraje Beneluxu a nawet pojawiał się u naszych południowych sąsiadów Czechów. Publiczność dzisiejsza nie chce oglądać niepotrzebnej nagości i wyuzdania na scenie, a wiemy że piękna scenografia operowa nie musi obfitować w bogactwo kostiumów. Można zrealizować operę nowocześnie i zachwycająco. Uważam, że ci wszyscy, którzy wymyślają skandale na scenie po prostu nie mają nic do powiedzenia. Scena naprawdę tego nie potrzebuje, gdy muzyka broni się sama znakomitym wykonaniem. No chyba że artysta działa według zasady CO NIE DOŚPIEWAM TO DOWYGLĄDAM.

***

…dosyć. Było sporo przaśnej zabawy rodem z drugorzędnego cyrku na głębokiej prowincji. Problem wszak nie w tym, że jedna z wieledziesięciu polskich śpiewaczek opowiada skandaliczne głupstwa i odbiera czytelnikom rzadko pojawiająca się, niestety, okazję do lżejszej wprawdzie, ale jednak na poziomie, rozmowy o specyfice operowej profesji i operowego życia. Gdyby jednak redaktorom „Wysokich Obcasów” przyszedł – o święta naiwności!! – po raz kolejny do głowy pomysł spotkania z operową diwą lub operowym reżyserem (zwłaszcza takim, co uważa, że muzyka w operze niczemu nie służy), ze szczerego serca radzę poczytać trochę światowej lektury o życiu seksualnym śpiewaczek, a znajdą tam nie tylko co nie co o erotycznej fascynacji głosem operowym, skandalach i awanturach, lecz również pouczające myśli o wyzywającej sztuce, która przeżywa kolejną młodość, do której garną się dziś w zachwycie wszyscy celebryci i kucharki…

Tutaj można przeczytać pełen wywiad Tekst linka
Trwa ładowanie komentarzy...