NATEMAT POLECA Pojechaliśmy do Puszczy Białowieskiej. To nie kornik i minister Szyszko są największymi szkodnikami

"W strasznym dworze zginą oba!Stryjeneczko, zlituj się!" Kilka uwag na marginesie jubileuszowej premiery.

fot. Joanna Miklaszewska
fot. Joanna Miklaszewska https://www.facebook.com/TeatrWielkiLodz/photos/pb.122629291142502.-2207520000.1414006838./774865749252183/?type=3&theater
Wybór „Strasznego dworu” Stanisława Moniuszki na spektakl jubileuszowy Teatru Wielkiego w Łodzi był nie tylko ukłonem w kierunku historii Łódzkiej Sceny, wszak to dzieło Moniuszki powołało do istnienia życie operowe w powojennej Łodzi, ale także w kierunki muzyki polskiej, co nie jest bez znaczenia, ale o tym później.

Ostatecznie myślę, że jubileusze są rzeczą dobrą i cenną, przypominają o tym co piękne i ważne z punktu widzenia przeszłości. Mało kto zdaje sobie z tego sprawę, ale uroczystości tego rodzaju posiadają spory wymiar edukacyjny, bowiem za ich przyczyną teatry operowe odwiedzają osoby, które z reguły do nich nie zaglądają. Nie ma w tym nic nowego, zwyczaj to tak stary, jak stara jest opera. Dlatego zawsze miło i uroczo jest powitać przedstawicieli establishmentu gromkimi oklaskami, ciesząc się z ich obecności, życząc im jednocześnie, by kierowali więcej troski i uwagi na instytucje kultury, którymi zarządzają, nie tylko w dniach ich jubileuszy. Przy okazji jubileuszu Teatru Wielkiego w Łodzi, który świętowano wspomnianym „Strasznym Dworem” w miniony piątek, uparcie nasuwa mi się jeszcze jedna refleksja. Właśnie to wydarzenie, ten spektakl stanowił niejako centralny moment obchodzonego jubileuszu, na przedstawieniu pojawili się zasłużeni artyści Łódzkiej Sceny, przedstawiciele władz, znamienite osobistości. Dlaczego więc, a w świetle bliższego spojrzenia na jakość artystyczną premiery opery Moniuszki, to pytanie wydaje się zasadne, prawie cała premierowa obsada złożona była z solistów gościnnych. Czyżby Opera w Łodzi, łódzkie środowisko artystyczne nie było w stanie w najmniejszym stopniu zadowolić oczekiwań publiczności? Wszakże zasada, której warto przestrzegać jest taka, by zapraszać spoza rodzimego zespołu tylko takich wykonawców, którzy są w stanie zapewnić najwyższą jakość realizacji, ponad możliwości danego etatowego zespołu teatru. Tymczasem premierowa obsada pozostawiała tak wiele do życzenia, zawiedli prawie wszyscy gościnni śpiewacy, że decyzja realizatorów premiery oraz dyrekcji Opery wydaje się co najmniej wątpliwa i dla zespołu Teatru krzywdząca; nie jest to, niestety, praktyka odosobniona w polskich teatrach operowych.



Wbrew obiegowej opinii, opera Stanisława Moniuszki i Jana Chęcińskiego, wykonawczo nie jest łatwa. Kompozytor postawił przed orkiestrą i śpiewakami bardzo wymagające zadanie, którym aby sprostać należy wiele umieć i być w znakomitej formie. Zacznijmy od pań. Najbardziej niezrozumiałe wydało mi się obsadzenie w partii Cześnikowej, Małgorzaty Walewskiej, która jest co prawda mezzosopranem, ale niestety pozbawionym koloratur, co dyskwalifikuje śpiewaczkę do wykonywania tej partii. Dlaczego nikt o tym nie pomyślał? Jaki był skutek? Otóż w miejscach najbardziej newralgicznych ze względu na skomplikowaną budowę fal ornamentalnych, nie do końca wygodnego frazowania, szczególnie w tercecie z pierwszego aktu, dyrygent musiał maksymalnie zwalniać tempo, aby artystka mogła wyśpiewać każdy dźwięk, co zresztą się nie udało. Poza tym nie obyło się bez problemów z utrzymaniem właściwego tempa, a było to dotkliwie zauważalne w pierwszym akcie, gdzie Małgorzata Walewska całkowicie rozminęła się orkiestrą. Pojawiały się także przejściowe problemy z czystością intonacji. Bardzo cenię karierę Małgorzaty Walewskiej, która niegdyś zachwyciła świat urodą swojego głosu, niestety odnoszę wrażenie, że dziś niewiele zostało z dawnego blasku.
Równie trudna partia żeńska należy do Hanny, jednej z dwóch córek Miecznika, której centralny motyw stanowi recytatyw i aria z IV aktu. Aria „Któraż to która tej ziemi córa” jest typowym przykładem stylistyki włoskiej, właściwej dla twórczości Rossiniego, bardzo wirtuozowska, co szczególnie ukazuje się w rozbudowanej kadencji. Partia ta wymaga nie tylko szerokiej rozpiętości skali, ruchliwej koloratury, ale także ogromnej dyscypliny rytmicznej, czego moim zdaniem zabrakło Agnieszce Adamczak. Jej wykonaniu nie towarzyszyło umiejętne budowanie frazy, a także brak eksponowania dynamicznych niuansów. Nie chciałbym jednak odmawiać talentu Agnieszce Adamczak, podejrzewam że w przypadku tej śpiewaczki, wystarczy jeszcze popracować nad techniką, a wspomniane bariery ustąpią.
Nie oczarowała mnie kreująca rolę Jadwigi , Elżbieta Wróblewska, która w dumce z II aktu „Biegnie słuchać w lasy, w knieje dziewczę gdyby kwiat” zmagała się z niemałymi problemami intonacyjnymi, a w ensamblach była słabo słyszalna.
Bardzo to przykre, ale najmniej dobrego powiedzieć o odtwórcach męskich partii Stefana i Zbigniewa. Baryton Tomasz Konieczny permanentnie znajdował się pod dźwiękiem, do tego problemy z emisją, zaciśniętym gardłem, powodowały nie najlepsze wrażenia. Poza tym śpiewak chwilami sprawiał wrażenie, jakby nie rozumiał o czym śpiewa. Przesadny, niczym nie uzasadniony dramatyzm, przywodził raczej na myśl krwawego Scarpie, niż bohaterskiego szlachcica polskiego.
Rafał Bartmiński, wcielający się w postać Stefana, również był daleki od oczekiwanych popisów wokalnych. Przede wszystkim artyście brakowało swobody, czarowania cieniami dynamicznymi i artykulacyjnymi, zamiast tego wszystkiego w arii „Cisza dokoła” pojawiła się chrypa, siłowo wydobyte dźwięki zwłaszcza w górnych rejestrach, a do tego katastrofalna intonacja. Czy „f” razkreślne to naprawdę taki wyczyn dla tenora?
Najjaśniejszym i w sumie jedynym zasługującym na szczere brawa i słowa uznania okazał się baryton Stanisław Kuflyuk, kreujący partię Miecznika. W arii polonezowej można było usłyszeć odpowiednio postawiony dźwięk, wspaniały rezonans, bardzo inteligentne budowanie frazy, wrażliwość na dynamikę i czystą intonację. Jestem w stanie zaryzykować twierdzenie, że Kuflyuk jest obecnie najlepszym i bezkonkurencyjnym wśród młodych barytonów w Polsce.
Mieszane uczucia towarzyszą mi kiedy myślę o orkiestrze, z jednej strony z wielką przyjemnością wysłuchałem pięknego solo wiolonczeli, bardzo dobrego kuranta i ognistego mazura, który niepotrzebnie został przeniesiony do finału, z drugiej zaś z przykrością wspominam wpadki intonacyjne, które pojawiały się w każdym akcie. Dyrygent Piotr Wajrak jest z pewnością bardzo świadomym artystą, który doskonale zna partyturę „Strasznego dworu”, życzyłbym sobie jednak namysłu nad doborem niektórych temp i wydobycia większej ilości kolorów.


Reżyserię powierzono wybitnej polskiej aktorce i reżyserce Krystynie Jandzie, co stanowiło swoistego rodzaju wydarzenie. Oto gwiazda srebrnego ekranu i teatru dramatycznego, dotyka opery i to jeszcze bardzo specyficznej, bo narodowej.
Janda postanowiła zrobić zachowawcze przedstawienie, któremu bliżej do uświęconej tradycji romantyzmu, niż do polemiki z symbolem. A szkoda, ponieważ artystka tego kalibru, mogła dokonać twórczej dyskusji z tym co zawiera się w micie, emblemacie i tradycji. Nie chodzi jednak oto, aby z córek Miecznika uczynić córy Koryntu, wygnać je z polskiego dworku i osadzić w niebezpiecznych zaułkach Nowego Jorku. Nie, to byłoby głupie i tanie. Chodzi raczej oto, aby „Straszny dwór” rzucić w jakieś wielkie, polskie uniwersum i zmierzyć się twardą skorupą ideologii. Nie jestem wcale przekonany, czy to co zobaczyłem na scenie, koresponduje najoględniej mówiąc z dniej dzisiejszym? Czy Polska musi być zbawiana, jak domaga się tego napis z medalionu, zawieszony u góry sceny? Czy młode kobiety muszą dygać z zachwytu, w swej naiwności nad ojcowską zgodą na zamążpójście? Ostatecznie nie jest ważny kontusz, szabla, wąsy czy frak, ważne jest co dziś oznaczają te rzeczy, czy aby tylko rzeczy?
Z drugiej jednak strony zastanawiam się, czy jest możliwy do osiągnięcia sensowny klucz, który pozwoliłby zachować to co istotne dla ówczesnych, a jednocześnie wyłuskać nowe jakości intelektualne. Czy konieczne jest zarysowywanie opozycji między tym co dawne, a dzisiejsze?
Myślę, że tradycjonaliści i amatorzy historyzmu oglądając „Straszny dwór” w inscenizacji Krystyny Jandy, będą mogli się poczuć bezpiecznie. Mnie jednak zabrakło większego pazura!

Trwa ładowanie komentarzy...